Próbowałam usnąć. Nie potrafię tak zwyczajnie zamknąć oczu i oddać się temu, o co w ostatnich dniach walczy mój organizm. Zasypiam wykończona gdzieś w okolicach drugiej w nocy i budzę się szarpana kilka razy, średnio co godzinę.
Roztaczam w sobie wizję, jak środek przeciwbólwy rozgałęzia się i biegnie w kilka przeróżnych miejsc jednocześnie, tylko po to by zaspokoić moje sumienie, odnośnie tego, że zrobiłam wszystko, co można było zrobić. Nie pomaga. Zwyczajnie nie pomaga. Boli mnie. Boli mnie każdy fragment mojego ciała. Mam wrażenie, że wdrąża mi się do kości, szarpie za mięśnie. Oczy zachodzą mi jakąś piaszczystą mgłą lub łzawią zupełnie niewytłumaczlanie. Przecież było lepiej. Nawet cholerna migrena dawała mi odpocząć od kilku miesięcy. Teraz czuję się, jakbym rozpadała się kawałek po kawałku, milimetr po milimetrze, chwila po chwili... Dooość! Nie to jest najgorsze. Oprócz takiego bólu zaczynam dostrzegać jakąś niebywałą niemoc psychiczną. Stałam się drażliwa bardziej niż kiedykolwiek. Zbyt wrażliwa na zdania, opinie i gesty innych.Nie potrafię się skupić na niczym, a coraz więcej się ode mnie wymaga. Boję się przyznać, że zwyczajnie nie daję rady. Bo nie daję, rozumiecie? Nie daję. Nie jestem niezniszczalna! Widzę, że zapędzam się w to coraz bardziej. Tak, jak w otchłań wmówionych sobie problemów. Sama nie wiem, co dzieje się naprawdę, a co świadczy tylko i wyłącznie o mojej skłonności do egzaltacji. Przesadzam, panikuję...
Jak głupia siedzę i ryczę. Z bezsilności sama nie wiem już co robić. Dużo rozmawiałam o tym z mamą. Usilnie nalega, żebym coś z tym zrobiła, bo widzi, że nie daję rady. Tylko, że ja... nie mam czasu. No nie mam czasu dla samej siebie. Nie mam czasu iść do tego cholernego psychologa, za którym obstają rodzice. A ręce trzęsą mi się bardziej niż kiedykolwiek. Ostatnio przelane po podłodze szkło upewniło mnie, że nie nadaję się do niczego i że nie znam tego przyczyny. Maniakalnie obwiniam się o wszystko. Boże jedyny, wiem, że nie zbawię całego świata, więc dajcie mi wreszcie święty spokój.
Czuję, że się duszę. W tym pokoju, w tym budynku, wśród tych ludzi. Duszę! A kiedy jestem w domu boję się ruszyć z miejsca.
Ostatnio sama siebie do tego zmusiłam. Biegałam dopóki moje serce nie zaczęło stawiać oporu, w głowie nie zaczęło mi się kręcić, oczy nie postanowiły się zamroczyć. Nie czułam niczego, z wyjątkiem znajomego braku powietrza. Ale ono jest. Jest wszędzie tylko nie we mnie! Nie we mnie!
Nie będę tłumaczyć się hormonami, wiosennym przesileniem, bo to już udało nam się wykluczyć. Jak zaspypiam w domu? Jak najbliżej mamy, tak by czuć na sobie jej oddech. Inaczej się zwyczajnie boję. Boję. Boję nie wiem czego. To jakiś nieuzasadniony lęk, zwyczajnie bezpodstawny. Gdy uświadomię sobie jego obecność udaje mi się go zwlaczyć zwykłym "przecież nic się nie dzieje". Następuje chwila przerwy, a potem spokój mija.
Gdyby nie Ty... zwyczajnie zamknęłabym się dla siebie i tak regenerowała siły. Choćby miało to trwać kilka lat. Widzisz, nie dam Ci tak zwyczajnie na to patrzeć, ani cierpieć przeze mnie też Ci nie pozwolę. Bo jesteś teraz jedyną cząstką dobra, która we mnie siedzi. To to dobro, Twoje dobro nie zatruło jeszcze tego wszystkiego. Tylko widzisz Skarbie, nie jestem pewna kto na tym cierpi.